Z serią Call of Duty mam już styczność od dobrych kilku lat, zresztą zapewne większość z naszych czytelników mogłaby powiedzieć to samo. Nie zmienia to jednak faktu, że mój sposób patrzenia na tę grę jest nieco inny z uwagi na to, iż opinia prezentowana przez Batalion pośrednio wpływa na to, co Wy między sobą przekazujecie. I tak z roku na rok przychodzi mi recenzować dla Was kolejne części serii i z roku na rok mam wrażenie, że Call of Duty wpada w syndrom gier FIFA…
Pewien czytelnik zapytał mnie kiedyś czym jest „syndrom FIFA”. Otóż przy okazji przygotowywania się do tej recenzji powiedziałem mu, że Call of Duty: World at War jest kwintesencją tego, czym owy syndrom powinien się charakteryzować. Chodzi mi oczywiście o to, że co rok Call of Duty popada w komercjalizację, w związku z czym nie zmienia właściwie niczego oprócz teatru działań, którego gra dotyczy, elementów graficznych i może w pewnym stopniu gameplaya.
Jednakże nic ponadto…
Wróćmy jednak do początku. Call of Duty World at War, to dzieło programistów z firmy Treyarch, którzy zgodnie z umową z Activision wymieniają się z kolegami z Inifnity Ward
co jedną część serii. Można się było spodziewać, że „piątka” będzie łudząco podobna
do genialnej poprzedniczki, ale nie wszyscy sądzili, że będzie to prawie bliźniacza siostra,
bo właściwie, gdyby nie zmiana klimatu, to można by ryzykować stwierdzenie kalki.
Na szczęście gra przenosi nas do teatru działań, z którym jeszcze seria Call of Duty nie eksperymentowała – na Pacyfik. Ta część świata wymusiła na twórcach sięgnięcie
do korzeni całkowicie innego rodzaju walki, aniżeli na europejskich polach bitwy
(z którymi również mamy do czynienia wcielając się w czerwonoarmistę i atakując Berlin.). Każdy z Was zapewne zdaje sobie sprawę, że Japończycy, będąc panami dżungli musieli sobie wypracować specjalne
i adekwatne do terenu techniki walki, które właśnie twórcy starali się ukazać w grze. Wobec tego nie brakuje nam słynnych wojowników Banzai, którzy wybiegając z krzaków z okrzykiem na ustach częstują nas soczystym cięciem z katany,
albo snajperów pochowanych na drzewach.
Wśród naszych wrogów znajdziemy również żołnierzy kamikadze, którzy nierzadko będą odpalać swoje granaty, dotrzymując nam towarzystwa w oczekiwaniu na eksplozję,
lub też tzw. „żywych umarlaków” (to Ci, którzy rekreacyjnie leżą na ziemi, udając zgon,
po czym wstają i z charakterystycznym uśmiechem na ustach odpalają swoje karabinki).
Wbrew zapowiedziom, sądzę jednak, że potencjał drzemiący w tych technikach walki nie został do końca wykorzystany… Brakowało mi tego, co mogłem zobaczyć w Medal of Honor: Bitwa na Pacyfiku – zabrakło różnego rodzaju pułapek, czy zaskakujących przewrotów akcji. Oczywiście od czasu do czasu zdarzy się jakaś podziemna kryjówka, ale to już jednak nie to samo, co spadający z drzewa pień powalający pięciu Marines na raz. A właśnie… A propos Marines.
Sztuczna inteligencja naszych kompanów wydaje się dotrzymywać poziomu całej serii, czasem tylko się zdarzy, że stoją twarzą w twarz z Japończykiem i chyba wmurowani pięknem orientalnej urody… nie robią nic. Ale to im można wybaczyć, bowiem zaraz ktoś z tyłu odstrzeliwuje przeciwnikowi jedną z kończyn i od razu robi się bezpieczniej. No właśnie… Call of Duty World at War po raz pierwszy z całej serii ukazuje tak bardzo okrucieństwo wojny. Można nawet stwierdzić, że za bardzo. Nie brakuje zatem latających nóg i rąk po wybuchu granatu, czy palących się na żywca Niemców, wybiegających z podgrzewanego bunkra. Oprócz tego mamy okazję zobaczyć wszelkiej maści egzekucje na „jeńcach” wojennych, czy przyprawiające o dreszcz momenty podcinania gardeł. Oczywiście istnieje możliwość wyłączenia takich scen, jednakże w wersji szeroko dostępnej, taka brutalność jest domyślnie włączona.
Gra nie została pozbawiona również największego błędu całej rodziny Call of Duty, na który narzekamy od lat,
za każdym razem z osobna – liniowości. Chciałoby się powiedzieć, że przy okazji dżungli, ta liniowość jeśli już ma być,
to powinna zostać ograniczona do minimum. Niestety tak się nie stało, wręcz bym powiedział,
że CoD: WaW ociera się o schematyczność… Bo jak inaczej można nazwać fakt, gdy chcę przejść przez mały krzaczek,
a gra nie pozwala mi na to, gdyż metr dalej znajduje się ścieżka, która jest jedyną dobrą drogą do zwycięstwa według myśli autorów? No przecież w dobie gier jakości Grand Theft Auto IV takie problemy w ogóle nie powinny mieć miejsca.
Co to za dżungla, po której chodzę jak po ulicy? No chyba, że dżungla miejska…
Ale co tam… Jakakolwiek by to nie była dżungla, to jedno jest pewne – prezentuje się ona niezwykle okazale, podobnie jak cała oprawa graficzna. Wygląd Berlina imponuje, grymasy na twarzy naszych kompanów również wprawiają w zachwyt,
nie mówiąc już o rozerwanych na strzępy ciałach naszych przeciwników. W tym miejscu warto zwrócić uwagę na pojawiające się tu i ówdzie niedoróbki.
Chodzi mi mianowicie o takie fanty, jak przechodzenie przez tekstury. Nie wkurzałby Was fakt, gdybyście w jednej z misji pojedynczego gracza weszli w środek czołgu? I wcale nie mówię tutaj o misjach, kiedy ten czołg prowadzimy (bo gra, podobnie jak inne z serii, proponuje nam jazdę czołgiem i lot samolotem)…
Druga sprawa, że praktycznie do końca zubożona, żeby nie powiedzieć spartolona, została ścieżka dźwiękowa.
Mam na myśli oczywiście wyłącznie dźwięk dostępnej broni. Przecież te odgłosy mają się nijak do tego, co mogliśmy usłyszeć w poprzedniczkach. Grając, czasem miałem wrażenie, że strzelam kapiszonami z odpustowego pistoleciku,
który kupiłem za 10 zł…
Zresztą tutaj mamy kolejny problem… Kampania pojedynczego gracza oferuje nam tylko kilka godzin rozrywki, a co najgorsze grę przedłużają właściwie tylko zwiększające się hordy wrogów, a nie sytuacje, w których czas umykałby nam pod banderą ustalania strategii rozwoju szturmu.
Jak każdy współczesny gracz jednak wie, sukces programu oblicza się na podstawie liczby osób grających online. W związku z tym, jak się pewnie spodziewaliście twórcy położyli duży nacisk na multiplayer, który zresztą był jednym z punktów kampanii reklamowej. Otóż pierwszy raz dostajemy możliwość rozegrania kampanii Single Player
w trybie kooperacji. Nie zabraknie więc sytuacji, w których ramię w ramię z kolegą będziemy starać się zawiesić flagę radziecką nad Reichstagiem. A jak już nam się znudzi, to pozostają wszelkie inne tryby, które… zostały praktycznie żywcem wyciągnięte
z „czwórki” wraz z perkami, profilami i innymi tego typu szczegółami. Cóż, z tego akurat powinniśmy się cieszyć, bo każdy wie, że Call of Duty 4: Modern Warfare zarobiła wielkie miliony właśnie dzięki świetnemu trybowi sieciowemu. Co jednak istotne, w „piątce” powracają uwielbiane z United Offensive pojazdy. Możecie więc ostrzyć pazury na emocjonującą jazdę czołgiem T34.
Obawiam się tylko o jedną rzecz – zastanawiam się czy Treyarch nie przekombinowało
z przeniesieniem multiplayera z „czwórki” do „piątki”. Skąd taki powód do rozmyślań? Otóż w tym samym czasie rok temu serwery Modern Warfare wręcz pękały w szwach,
a tutaj patrzę na listę WaW i widzę dużą pustkę… Czyżby społeczność graczy obaliła politykę Treyarch? Jestem skłonny wierzyć, że tak, bowiem jest do tego jeden zasadniczy powód: Gra nie wnosi wiele nowości, jest krótka i liniowa, a zapłacić za nią trzeba wedle ceny producenta ok. 150 zł… Nie uważacie, że to lekka przesada? Zdesperowani fani serii podsumowali nawet z tego powodu grę, jako „Call of Duty 4 w ubraniu II wojny światowej za nieludzką cenę”.
Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło. Przy okazji gry, mamy okazję przeżyć dość ciekawą lekcję historii,
a to za sprawą świetnie zrealizowanych wstawek filmowych. Co prawda zawierają one wiele drastycznych obrazów,
ale świetnie porządkują i ukazują realia II wojny światowej. No i przede wszystkim nie nudzi nam się podczas ładowania kolejnej misji. Za to duży plus, ale czy nie powinien on zawędrować w stronę protoplasty tego pomysłu – Call of Duty 4: Modern Warfare? No właśnie…
W związku z całą recenzją, zastanawiacie się pewnie, jaka będzie ocena podsumowująca Call of Duty World at War. Uważam, że każdy fan serii powinien w piątą część zagrać, a jeżeli ktoś nie grał w Modern Warfare, to już na pewno World at War będzie stanowiło dla niego nie lada kąsek. Zastanawia mnie tylko, czy Ci, którzy kupują Call of Duty od „jedynki” nie poczują się trochę wystrychnięci na dudka… Ale jeśli weźmiemy pod uwagę zasadę „chcemy to samo, tylko więcej”,
to jestem w 100% pewny, że ze sklepu wyjdziemy z uśmiechem na ustach. Moim zdaniem warto.
Komentarze użytkowników
Średnia ocena użytkownika
(0 głos)
Pokaż 13 z 13 komentarzy
1.
23-07-2009 20:51
co to k**** jest?
nie no to chyba za przeproszeniem chamówa wielka jest z ich strony (tworcow cod5) nie no grafa tylko ok ale niektore elementy tez do d*** sa np mp44 ktory jest jak kartka papieru itp. brak slow juz nic nie mowie bo jeszcze jakis poczatkujacy ktory kupil cod5 sie podnieci (ja nikogo nie wskazuje) sie wkurzy i mnie bedzie ciagal poo sadach
no więc tak... w dźwięku to muza mi się nie podoba... za nowoczesna a do broni to nic nie mam, ja tu Niemców siekam a tu gitary basowe mi napierdzielają ;. nie nie i nie... nie ten klimat... mp44 spaprane bo walec je rozjechał... rzeczywiście ruska kampania oddaje bardzo rzeczywisty klimat, amerykańska już mniej ;p
SP jest naprawde fajny. Szczególnie ruscy. Świetnie oddali atmosferę, teksty, szczegóły i te strzępy. Aż człowiek czuje okrucieństwo tej wojny. Jednak SNake ma w 100% racje, że dali ciałą z dźwiękami (użyłbym wulgaryzmu nawet bo żałose są dźwięki szcególnie rifle'y) no i liniowość. Klimat najlepszy z serii, liniowośc największa z serii, multi fajny ale już był w serii, dźwięk najgorszy jaki kiedykolwiek jam słyszał.
recenzja dobra naprwde ! zgadzam sie w całosci ! jedyne co poprawili to grafike ! gra straszliwie liniowa ! CoD2 wiecej czasu mi zajoł niż 5 ! ale jak dal fana Calla to smakołyk ! mi sie podoba choć mogła być lepsza
Kiedy wreszcie w CoD zostanie poprawiona inteligencja wrogów? W Brother in Arms:Hells Highway gdy zaczynasz strzelać do grupki maszerujących Niemców, to oni natychmiast rozbiegają się na obie strony, chowają się za czym się da i skuteczne ostrzeliwują. A w CoD? Nasi przeciwnicy biegają jak durnie przed lufami naszych karabinów! Żenada!!! No i odgłosy broni... Total porażka! Tu Treyach powinno iść za przykładem EA w Medal of Honor: Airborne, iść na poligon i ponagrywać odgłosy wystrzałów, poszczególnych giwer. Czy to tak trudno? Seria coraz bardziej zatraca klimat.
wymienie kilka wad: 1.udeżające podobieństwo gry jak w CoD 4:MW 2.moim zdaniem lekkie niedopracowania 3.nudny silnik graficzny 4.malo broni(japończycy używaja na ogół tylko 3) 5.bardzo krutka kampania(u mnie 5-6.30 godz a w 4 5.03:D) 6.mala rużnorodność misji najczęsciej czyszczenie podziemi bunkrów 7.liniowość jungli i niemozliwosc przechodzenia przez krzaki!!!
to chyba wszystko mam nadzieje że modern warfare2 bedzie lepsze
W pewnym sensie masz racje Snake. Sam z gry jestem zadowolony bo w końcu single player wciągnął mnie jak MoH, brutalny, rzeczywisty...ale z kolei jak mówisz i masz racje za krótki (na rekrucie przeszedłem go w 3h) i za liniowy, to już jest szczyt liniowości... CoD 2 był mniej liniowy...no i oprawa dźwiękowa...ja to sie przerazilem strzelajac karem...ppsh to jeszcze rozumiem ale inne..rifle to w ogole slabe obrazenia a dzwieki jakby mniejszy kaliber niz colcik 45. Najwiekszy blad to Games For Windows, cena za duuuza. Za 70 zl bym przezyl. Far Cry 2 i lepszy i 70 zl. W skali na 10 daje 7,5/10