Za każdym razem, kiedy mieliśmy poznać nowe dziecko Activision ze stajni Call of Duty, wszystko było okraszone domieszką tajemniczości. Tak też było przy okazji gry Call of Duty: Black Ops, która praktycznie do końca wydawała się mieć podtytuł “Wietnam“. Budziło to pewne kontrowersje i stawiało pytanie nad ambicjami studia Treyarch, ponieważ na dobrą sprawę jeszcze nie było porządnej gry o Wietnamie, ale wszystko wyjaśniło się, gdy oficjalnie potwierdzono, iż pierwsze skrzypce w siódmej części serii zagrają czasy “zimnej wojny”, a nie tylko bezlitosne lata 57-75.
Wszystko to sprawia, że potencjalny czytelnik tego serwisu, który jest z nami, powoli zapomina, że nasz stary poczciwy CoD był grą, której głównym tematem była II wojna światowa. Teraz twórcy przyzwyczaili nas do tego, że gra jest na tyle uniwersalną marką, iż może sobie pozwolić na każdy znany, bądź mniej znany konflikt, który przewija się przez ciemne karty historii świata, lub też, jak w przypadku Modern Warfare, jest czysto fabularnym wymysłem scenarzystów.
Tutaj mamy przynajmniej pewność, że Treyarch bardzo starało się odwzorować realia konfliktu “zimnej wojny”. Świadczą o tym standardowe już przy okazji tej gry zachowania, czyli zapraszanie do współpracy weteranów, a także specjalistów od uzbrojenia i historii danego konfliktu (w tym przypadku, do pomocy zaproszono m.in. Franka Barnesa - byłego agenta CIA, biorącego udział w konflikcie w Wietnamie w 1964r., czy Kristinę Ivanowa - tajną agentkę CIA urodzoną w Rosji, która specjalizuje się we wschodnich sztukach walki). Jak mówili sami twórcy, oddziaływanie zaproszonych gości na sposób rozgrywki był do tego stopnia wysoki, że często zdarzały się sytuacje, w których trzeba było zmienić całą strategię rozegrania akcji, bo nie zgadzała się ona ze wspomnieniami i skojarzeniami weteranów.
Widzimy zatem, że gra w związku z tajnymi misjami, będzie miała w sobie również elementy walki z ukrycia, powiązanej z sekwencjami “skradankowymi“. Doskonale do takich akcji przygotowany ma zostać zestaw uzbrojenia, w którego skład na pewno wejdzie niespotykany dotąd w serii patent: kusza z lunetą. Zgodnie z ówcześnie panującymi realiami da ona nam możliwość strzelania z dwojakiego rodzaju amunicji: strzałek bądź też ładunków wybuchowych. Te ostatnie będą dosłownie przyklejać się do otoczenia (również do przeciwników) i wybuchać przy trafieniu.
Oprócz tego, do naszej dyspozycji zostaną oddane na pewno takie zabawki, jak CAR-15, SPAS-12, AUG, granatnik-miotacz ognia M202, RPK, AK-47, Scorpion, czy M16. Uzbrojenie to, ma znajdować się w zasięgu sił tajnych brytyjskich jednostek SAS, czy amerykańskich oddziałów.
W tym miejscu należy zwrócić uwagę na pewną innowację, bowiem programiści zapewniają, że wraz z rozwojem fabuły, mentalnie zmieniać się będą również kierowani przez nas bohaterowie. Nie obędzie się również bez komentowania z ich strony obrazków, które będziemy widzieć na ekranach swoich monitorów. Ten zabieg ma na celu spowodować jeszcze większą identyfikację gracza z prowadzonym przez siebie alter ego.
Kampania pojedynczego gracza, o której cały czas mowa zapewne, jak przy okazji każdej części Call of Duty pozwoli się zakończyć na 6 godzinach, ale tym razem (jak zwykle nam obiecywano) ma być jeszcze dynamiczniej, jeszcze ładniej i jeszcze ciekawiej.
Postarać się o to ma system animacji ściągnięty z “Avatara” Jamesa Camerona, który pozwoli na wierne odzwierciedlenie mimiki i ruchów człowieka. Programiści ze studia Treyarch dali również nadzieję na zniszczalne otoczenie, które ulegać ma destrukcji za pośrednictwem udostępnionych pojazdów.
Nie spodziewajmy się jednak rewolucji w tym zakresie, bowiem wszystkie znaki na ziemi i na niebie wskazują, że nadal będziemy mieć do czynienia z oskryptowaniem.
Wiele jednak tej grze można wybaczyć, choćby z uwagi na tereny w jakie zamierza nas zabrać. A nie ominie nas wycieczka na Kubę, w zimne góry Uralu, gdzie dotkniemy broni masowego rażenia, czy przechadzka po deszczowym Londynie, który przywita nas obroną ambasady irańskiej.
Swoją drogą, w ciekawy sposób Activision załatwiło sprawę Public Relations gry. Niby na pokazach puścili dwa poziomy z kampanii pojedynczego gracza, sugerując że będziemy mieli do czynienia z małym “spoilerem”, ale jak przychodziło co do czego i zaczynało się dziać coś ciekawszego na ekranach, to nagle ekran się wyciszał i ochładzał nas napisem w stylu “już wkrótce”.
Mimo wszystko jednak parę rzeczy udało się wyczytać. I tak bez większego wdawania się w szczegóły, bo szkoda odbierać graczom rozrywki w eksplorowaniu kolejnych misji, powiemy sobie kilka słów na temat dwóch zadań: wspomnianej wcześniej misji: “Weapons of Mass Destruction” oraz o zadaniu “Victor Charlie”.
W pierwszym przypadku gra przenosi nas w mroźne okolice gór Ural do roku 1968. Misję rozpoczynamy na pokładzie SR-71 Blackbird - dwuosobowego, nieuzbrojonego samolotu. Naszym zadaniem jest obsługa kamery RSO, umożliwiającej przegląd pola walki i wysyłanie wskazówek oddziałom naziemnym, które mają dotrzeć do stacji radiolokacyjnej. (Pole widzenia wzorowane było na misję z AC-130 z CoD4:MW). Kiedy uda nam się ukończyć to taktyczne zadanie, wcielamy się w żołnierza kierowanego oddziału i zaczynamy prawdziwy pokaz fajerwerków, na który składają się znane nam już roztrzaskujące się szyby, świszczące kule i innego rodzaju pamiątki.
Czyli w zasadzie, więcej tego z czym mieliśmy do czynienia za sprawą każdej kolejnej części CoD, tylko w innych okolicznościach i innym otoczeniu.
Druga z pokazanych misji, która słusznie przywodzi co wnikliwszym czytelnikom na myśl “VietCong”, również wita nas na pokładzie maszyny. W tymże jednak przypadku znajdujemy się w śmigłowcu amerykańskiej 1 Dywizji Kawalerii, która przelatuje nad Perfumową Rzeką w Wietnamie.
Tutaj właśnie mamy do czynienia z odrobiną składanki, o której wspomniałem wyżej, ponieważ szybko się orientujemy, że naszym jedynym wyposażeniem po ewakuacji z helikoptera jest… nóż. Jeśli zatem nie macie zapędów na zostanie Johnem Rambo w tej pięknej i zabójczej dżungli, to upłynie trochę Perfumowej Rzeki zanim znajdziecie pozostawioną w chatce wyrzutnię rakiet. Swoją drogą, tutaj należy wspomnieć, że w grze pojawi się jakże niepozorny gadżet, jakim jest latarka (jeśli ktoś grał w Silent Hill, to wie na czym polega moc tej zabawki), która pomoże nam przemierzać zakamarki podziemnych tuneli.
Dobrze… Dość już na temat singla. Jesteśmy już duzi i lubimy kooperować. Zatem zajmijmy się multiplayerem. A tutaj sytuacja do ostatnich dni nie była kolorowa, bo nad fanami serii wisiało widmo abonamentu za grę po sieci, który miał zostać zainicjowany właśnie przy okazji Call of Duty: Black Ops. Jak się jednak okazało, informacja ta była jedynie złośliwą plotką, którą Activision już po kilku dniach zdementowało (co ciekawe, spekulacje na ten temat zaczęły się od wypowiedzianego marzenia Bobby’ego Coticka - szefa Activision - na temat zarabiania na grach online).
Tryb sieciowy to chyba konik Treyarch, bo ma on zostać bardzo dopieszczony. Na pierwszy ogień poszła informacja o tym, że powrócą tak utęsknione serwery dedykowane. Wraz z nimi oczywiście nie mogło zabraknąć wszelkiej maści perków, z których jednak będziemy mogli wybrać dwa, decydujące o kształcie trzeciej umiejętności.
Innowacją na pewno jest, jak ja to mówię “ukłon w kierunku serii FIFA”. No bo jakże inaczej nazwać system “Create Class 2.0”, który umożliwi nam tworzenie wyglądu zewnętrznego naszego bohatera. Czy ten bajer naprawdę jest taki istotny? Na szczęście programiści poszli troszkę w inną stronę i nie zapomnieli o zaserwowaniu nam całej gamy kombinezonów, które ponoć będziemy mogli przetestować w publicznej fazie beta.
Nie zrezygnowano również ze znanych z serii killstreak’ów, różnica jednak będzie polegać na tym, że w “siódemce” najwyższy killstreak będzie obejmował 15 trupów, a nie jak to miało miejsce np. w CoD:MW2 - 25. (Nagrody za odpowiednie wyniki, w tych kategoriach to UAV, SR-71, 3 rodzaje helikopterów i Pave Low). Myślę, że wytrawni multiplayer’owcy będą cieszyć się również z wygodnie rozwiązanej kwestii przejścia z pozycji stojącej do leżącej - ma to się odbywać w sposób całkowicie błyskawiczny i pozbawiony zbędnych ceregieli.
Oczywiście Activision nie mogło uśmiercić również pokrewnej kury znoszącej złote jaja, czyli dodatków DLC. Co ciekawe, tymi nie będą się zajmować panowie z Treyarch, tylko chłopaki z nowo zaangażowanego studia: Raven. Co z tego wyjdzie, okaże się po premierze.
Czymże zatem będzie tegoroczna edycja Call of Duty? Na pewno będzie dynamiczna i brutalna (powróci kultowy tryb Zombie, a także znane z CoD:WaW latające kończyny), nie zabraknie też zapewne ciekawych efektów i scen zrealizowanych w zwolnionym tempie (o tym poinformować nas miał zresztą trailer), ale pojawia się pytanie: Czy gracze znowu kupią to samo w innym opakowaniu? Jeżeli odpowiedź na nie będzie twierdząca to znaczy, że seria Call of Duty już nigdy nie ulegnie rewolucyjnej zmianie. Ale z drugiej strony po co zmieniać coś, co jest po prostu fajne?